niedziela, 22 marca 2015

ROZDZIAŁ 28

- Marcel, obudź się.– Wyszeptałam do chłopaka, wplątując dłoń w jego zmierzwione włosy.
Siedzieliśmy na samym końcu busa moich rodziców. Było tu wystarczająco dużo miejsca aby smacznie sobie pospać, dlatego Marcel spał od kilku godzin, z głową na moich nogach. Jednak ja byłam zbyt podekscytowana aby spać. Ostatni raz byłam w Londynie jakieś 10 lat temu i jednocześnie jestem bardzo ciekawa czy sporo się tu zmieniło. Uwielbiam to miasto i wiele razy prosiłam rodziców, żeby któregoś razu zabrali mnie ze sobą, ale zawsze znaleźli jakąś wymówkę abym została w Holmes Chapel. Pomimo dobrego humoru, który towarzyszy mi przez całą podróż, cały czas myślami jestem przy Zaynie. Czuję, że zawiodłam swojego najlepszego przyjaciela, opuszczając go. I mimo ciągłych uspokojeń ze strony mamy o jego stabilnym stanie, nadal odczuwam niepokój, że w każdym momencie może stać się coś, co będzie tragiczne w skutkach. Na samą myśl przechodzi mnie dreszcz i chce mi się płakać. A to wszystko przez Horana.
Próbując odgonić paskudne myśli dotyczące blondyna ponownie skupiłam się na Marcelu. Powieki nadal miał zamknięte a jego oddech był jednostajny i spokojny.
- Marcel. – Powtórzyłam, tym razem lekko go szturchając.
Po chwili otworzył oczy i spojrzał na mnie.
- Jesteśmy na miejscu. – Odparłam na jego niezadane pytanie, które jeszcze przed chwilą tliło się pewnie w jego głowie.
Uśmiechnął się łagodnie i uniósł się z moich nóg pozwalając mi wstać. Udałam się na przód busa, gdzie siedzieli moi rodzice wraz z babcią chłopaka.
- I jak po podróży? – Zapytała rodzicielka
- Okey. Ale trochę twarde te fotele. – Zaśmiałam się na co mama odpowiedziała tym samym.
- To nie jest limuzyna Lily. – Wtrącił z uśmiechem tata.
- Tak wiem. – Odparłam. – A tak w ogóle to gdzie jesteśmy? – Zapytałam wyglądając przez szybę.
Widziałam jedynie stare kamienice ze sklepami, a po drugiej stronie ogromny, okazały budynek, który zamiast ceglanych murów miał grube szyby, dzięki czemu częściowo było widać pięknie urządzone wnętrze.
- Pod One Hyde Park.
Wow. Widziałam ten apartamentowiec już wiele razy na zdjęciach, ale nie przypuszczałam, że w rzeczywistości będzie aż tak okazały. Wysiadłam szybko z pojazdu i stanęłam przed budynkiem wznosząc głowę ku niebu i podziwiając masywną, ale jednocześnie wyglądającą na lekką konstrukcję. Sięgnęłam do tylnej kieszeni spodni i wyciągnęłam telefon.
- Co robisz? – Usłyszałam głos mamy.
- Zdjęcia. Takie miejsca trzeba uwieczniać. W końcu nie często bywa się pod najdroższym apartamentowcem na świecie. – Odparłam, nie przerywając zaciekłej sesji fotograficznej architektury.
- Oh, Lily… - Westchnęła. – Nie musisz ich robić. Będziecie tutaj codziennie.
- Co? – Odwróciłam się i spojrzałam na nią pytająco.
- Będziecie tutaj mieszkać. – Uśmiechnęła się.
- Mamo, ale… Nie. Nie mogę. – Złapałam się za głowę, nie mogąc uwierzyć w to co właśnie usłyszałam. – Nie chcę tu mieszkać. Niczym sobie nie zasłużyłam na takie luksusy.
- Lily, mamy znajomości z wieloma osobami. Poza tym mamy tutaj mieszkanie.
- Ale…
- Nie ma dyskusji. Będziecie tutaj mieszkać i koniec.
- A co z wami?
- Nami się nie martw. Mamy mieszkanie niedaleko szpitala.
- A babcia Marcela?
- Na przedmieściach mamy przecież dom po ciotce. Wyremontowaliśmy go i od kilku lat był na sprzedaż. Myślę, że to idealne miejsce dla pani Styles.
 
Chyba z nią nie wygram.

- Okey. – Westchnęłam. – Dziękuję. – Odparłam i przytuliłam ją.
- Kobitki, zbierać się. Mamy jeszcze kilka spraw do załatwienia. – Wtrącił tata.
Zaśmiałyśmy się i oderwałyśmy niechętnie od siebie.
- Jutro rano, widzę cię w moim gabinecie. – Odparła mama.
Spojrzałam na nią pytająco.
- Chyba nie myślisz, że będziesz siedzieć tu bezczynie. Przyda nam się nowa pracownica. – Uśmiechnęła się szeroko zarażając mnie tym samym.
Po wyjęciu bagaży, mama wyjaśniła mi jak dostać się do apartamentu, co wbrew moim wcześniejszym założeniom okazało się naprawdę proste.
- I pamiętaj. O 8:00 widzę cię w szpitalu.
- Nie da się później?
- Nie. – Odparła od razu, a ja jęknęłam zrezygnowana.
Pożegnałam się z bliskimi i razem z Marcelem weszliśmy do środka ciągnąc za sobą walizki. Wnętrze było bardzo przestronne i pięknie urządzone. Biel mieszała się z beżem i brązem. Wszystko w ciepłych odcieniach co sprawiało, że ogromnych rozmiarów recepcja, sprawiała wrażenie bardzo przytulnej. Znajdowało się tu mnóstwo kanap z licznymi poduszkami. Na podłogach miękkie dywany, a nad naszymi głowami lampy o jakich nawet nie miałam pojęcia.

Po prostu jedno wielkie WOW.

Po dokładnym rozejrzeniu się po wnętrzu, podeszliśmy do ogromnego, białego biurka, za którym siedziała bardzo sympatyczna brunetka w beżowej, ołówkowej spódnicy i marynarce tego samego koloru. Po wyjaśnieniu nam kilku spraw i wskazaniu odpowiedniego korytarza, pożegnała się z nami, a my udaliśmy się w głąb budynku. Po dojściu do windy weszliśmy do niej i na małej klawiaturze wbiłam kod, który wcześniej dała mi mama. Ruszyliśmy w górę i już po chwili drzwi rozsunęły się, ukazując nam kolejne piękne zakątki One Hyde Parku. Weszliśmy na hol, który rozdzielany był szklaną ścianą z drzwiami od apartamentowca, który jak się domyśliłam należał do rodziców. Po przejściu kilku metrów znaleźliśmy się wewnątrz kwatery. Marcel kontynuował podróż wewnątrz mieszkania, a ja osunęłam się na ziemię z wrażenia, podziwiając okazałość apartamentu z podłogi. Wszystko zapierało dech w piersiach. Było tu nowocześnie i pięknie. Wiele razy wyobrażałam sobie tutejsze apartamenty, ale nigdy nie wpadłabym na to, że jest tutaj aż tak wspaniale.
- Lily! – Usłyszałam krzyk Marcela.
Wstałam z podłogi i poszłam w korytarzem, w którym kilka minut temu zniknął.
- Gdzie jesteś? – Krzyknęłam nie mając pojęcia w którym kierunku podążać dalej.
Po chwili drzwi na końcu korytarza otworzyły się i pojawił się w nich chłopak.
- Chodź. Musisz to zobaczyć. – Chwycił mnie za rękę i wciągnął do pomieszczenia.
Pokój był ogromny jak wszystkie pomieszczenia tutaj, co już chyba nie powinno mnie dziwić. Przy ścianach w kolorze ciemnego grafitu stały czarne meble oraz ogromne łóżko z biało czarną pościelą. Ale to co najbardziej zachwycało to panorama Londynu widoczna przez szybę, zajmującą powierzchnie całej jednej ściany. Akurat zmierzchało więc zarówno miasto jak i sypialnia topiły się w czerwieni zachodzącego słońca. Kolejny już dzisiaj raz usiadłam z zachwytu tym razem na miękkiej pościeli. Wszystko jest tutaj tak doskonałe i okazałe.
- Nie zasługuję na to wszystko. – Usłyszałam ściszony głos Marcela.
W jego wzroku majaczyło zagubienie i smutek.
- Ja chyba też. – Westchnęłam.
- Ty zawsze żyłaś w takich luksusach. Ja nie. – Usiadł obok mnie i przeczesał włosy dłonią.
- Ja i luksusy?
- No.
- Na pewno nie takie. – Odparłam i w tej samej chwili zauważyłam białą kopertę na stoliku nocnym.
Sięgnęłam po nią i po wyjęciu schowanej wewnątrz kartki, rozłożyłam ją.

 
Lily,
Zdajemy sobie sprawę z tego, że zarówno ty jak i Marcel nie będziecie chcieli zamieszkać
w tym apartamencie, wmawiając sobie że nie zasługujecie na takie luksusy. Zasługujecie na nie
najbardziej na świecie. Dlatego przez najbliższe miesiące, a może nawet i lata będziecie spędzać tam
dnie i noce. My bywaliśmy w nim rzadko ze względu na obowiązki w pracy, dlatego cieszymy się,
że nareszcie apartament nie będzie stał pusty i wprowadzicie do niego trochę życia. Mamy nadzieję,
że chwile które w nim spędzicie będą najlepszymi w waszym życiu. Korzystajcie jak najlepiej
z każdego centymetra apartamentu. Możecie wprowadzać różne zmiany, zmieniać układ mebli.
Co tylko chcecie. Wszystkie koszty poniesiemy my. Oczywiście nie przyjmujemy żadnego słowa
odmowy. Tak więc dobrze opiekujcie się nowym domem.
Kochamy cię,
 
Rodzice.

P.S.: Nowe ubrania znajdziecie na drugim piętrze w garderobie.
 

Drugie piętro?!

Położyłam list na łóżku i szybkim krokiem wyszłam z pokoju. Po znalezieniu schodów, weszłam na piętro i od razu w oczy wrzuciły mi się ogromne drzwi. Podeszłam do nich i otworzyłam je. Pomieszczenie było wielkości co najmniej sypialni, w której przed chwilą byłam. Po jednej stronie znajdowały się ubrania dla mnie, a po drugiej dla Marcela. Były tu sukienki, spodnie, bluzki, bluzy, koszulki, dres, różnego rodzaju buty. Rzeczy do chodzenia po domu, na spacer czy zakupy, do pracy albo na wieczorne wyjście. Dosłownie wszystko.
- Wow. – Powiedziałam do siebie, niedowierzając jeszcze w to co widzę.
Podeszłam do mojej części garderoby, przeglądając dokładnie jej zawartość. Usłyszałam kroki Marcela, który po chwili wszedł do środka i stanął wryty tak jak ja przed momentem.
- To wszystko... Jest n-nasze? – Wyjąkał.
- Tak.
- Ale ja… - Urwał, więc spojrzałam na niego.
Stał ze spuszczoną głową, co trochę przeczesując włosy.
- Marcel… - Podeszłam do niego, wtulając się w jego rozgrzane ciało. – Nie przejmuj się tym. Moi rodzice już tacy są. Nic na to nie poradzę. – Spojrzałam na niego. W jego oczach błądził smutek i bezradność.
- Nie wiem czy będę wstanie się do tego przyzwyczaić.
- Może tego po mnie nie widać ale mi też nie jest łatwo. Ale razem damy radę. -Odparłam, a Marcel odrazu zamknął mnie w swoich objęciach.
Staliśmy tak dłuższą chwilę, dopóki chłopak mnie nie puścił.
- Widzę tu dużo ciekawych sukienek. Z chęcią zobaczę jak na tobie leżą. – Uśmiechnął się szeroko.
Wrócił wesoły Marcel. Uff… Całe szczęście.
- Może ta? – Odparł pokazując mi srebrną sukienkę do ziemi z odkrytymi plecami. – Albo nie, ta… W sumie… Nie, ta też nie…
- Nie wiedziałam, że facet może mieć tak duży problem przy wyborze sukienki. – Zaśmiałam się.
- Czy ty się ze mnie nabijasz? – Odparł głosem pełnym porządania patrząc na mnie przymrużonymi oczami.
 
Nadal nie nadążam nad jego ciągłymi zmianami nastrojów.

- Ależ skąd bym śmiała. – Zatrzepotałam rzęsami.
- Oh Lily… - Jęknął i po chwili stałam przygnieciona do ściany z jego ustami na moich.
 
***
 
Zerwałam się z łóżka przestraszona, że spóźnię się do szpitala. Spojrzałam na zegarek. Dochodziła 7:00. Uff… Mam jeszcze trochę czasu. Spojrzałam na Marcela. Mój zryw na szczęście go nie obudził i cały czas spał. Przesunęłam się na brzeg łóżka i postawiłam stopy na zimnej podłodze. Wzięłam telefon i po cichu wyszłam z sypialni, starając się nie przerywać Marcelowi snu. Poszłam do kuchni w której od wczoraj stoją nasze walizki i po wzięciu świeżej bielizny skierowałam się do łazienki na drugim piętrze. Była to największa łazienka jaką w życiu widziałam, a biel która była tutaj jedynym kolorem, jeszcze bardziej powiększała pomieszczenie. Było tutaj ogromne lustro, dwie umywalki, kilka szafek, prysznic oraz wanna, która pomieściła by co najmniej 3 osoby. Postanowiłam skorzystać z prysznica, ponieważ nie mam zbyt wiele czasu na nic więcej. Zdjęłam szlafrok, który swobodnie zsunął się po moich ramionach i weszłam pod ciepły strumień wody. Mogłabym tak stać godzinami, ale moja mama zamiast wybrać normalną, cywilizowaną godzinę na rozmowę, wybrała ósmą rano. Ekstra.
Po umyciu i wysuszeniu swojego ciała, ubrałam bieliznę, nałożyłam makijaż i poszłam do garderoby po sukienkę. Gdy tylko weszłam do pomieszczenia, uśmiech wpełzł na moją twarz, na wspomnienie wczorajszych wydarzeń. Leżały tu jeszcze niektóre ubrania, ale sprzątaniem zajmę się później. Podeszłam do części z sukienkami i wybrałam tę, która Marcelowi podobała się najbardziej. Bardzo krótka i obcisła sukienka z piękną koronką na plecach i widocznym, ale niezbyt dużym dekoltem. Do tego czarne wysokie szpilki. Było dzisiaj dość chłodno więc zdecydowałam się jeszcze na czarny płaszcz i ostatecznie przeglądając się w lustrze, wyszłam z pokoju. Poszłam jeszcze do kuchni po szklankę soku. Gdy stałam przy kuchennym blacie spostrzegłam kolejny list, jak się domyślam od rodziców. Ciekawe gdzie jeszcze ukryli jakąś korespondencję.
 
 
Kluczyki do samochodów znajdziesz w szafce nad lodówką,
a auta w podziemnym garażu w sektorze B.
Uważaj na siebie i jedź ostrożnie.
 
Rodzice.


To jest tu kilka samochodów? Chyba zaraz zemdleje.

- Chyba nie idziesz w tym na rozmowę o prace. – Moje przemyślenia przerwało bardziej stwierdzenie niż pytanie Marcela.
Odwróciłam się w jego stronę. Przyglądał mi się z uwagą. Miał na sobie jedynie spodnie od piżamy, które w seksowny sposób zwisały mu z bioder.
- Czemu nie? – Zapytałam podchodząc do szafki i otwierając ją. Na trzech haczykach wisiały kluczyki od Mercedesa, Range Rovera i BMW. Gdy sięgałam po jedne z nich, poczułam ciepłe ciało Marcela na moich plecach. Położył dłonie na moich biodrach i przyciągnął do swoich. Czułam jak jego erekcja wbija się w moje pośladki.
- Może dlatego. – Wyszeptał mi do ucha. – A skoro ja reaguję tak na widok ciebie w tej sukience, to zareaguje tak również pół miasta.
- Marcel, jadę tylko porozmawiać z moją mamą. Obmówimy wszystkie szczegóły i wracam. Przecież to nic poważnego. – Odparłam odwracając się w jego objęciach. – Muszę iść. Mam pół godziny na dojechanie do szpitala, a teraz do pracy jedzie połowa społeczeństwa więc muszę się spieszyć.
- Mogę jechać z tobą?
- Chcesz mnie pilnować? – Zapytałam, a na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech. – W takim razie nie. – Jego wyraz twarzy natychmiast uległ zmianie.
Odwróciłam się ponownie w stronę szafki i zdecydowałam się na kluczyki od Mercedesa. Gdy ponownie na niego spojrzałam, szczękę miał zaciśniętą, a usta złożone w cienką linię.
- Będziemy w kontakcie. I nie denerwuj się tak. – Musnęłam jego usta, a gdy chciałam iść, pogłębił pocałunek.
- Jesteś tylko moja. – Wyszeptał przygryzając moją wargę.
- Tak. Tylko twoja.
 
 
 

Mamy rozdział 28! Przepraszam Was, że tak długo na niego czekaliście ale miałam ostatnio problemy z bloggerem i dopiero wczoraj udało mi się opanować problem.
 
W następnym rozdziale pojawi się nowy bohater, więc jeśli chcecie go poznać to komentujcie. Rozdział 29 za 32 komentarze. ;*
 
♥ Kocham Was ♥
Ola xx

niedziela, 8 marca 2015

ROZDZIAł 27

- Co ty tu robisz? – Zapytałam piskliwym głosem.
- A co mogę tutaj robić? Przyszedłem na bal, który zorganizowała szkoła do której chodzę. – Odparł Niall.
- Chyba chodziłeś. – Prychnęłam.
Zacisnął szczękę i zrobił krok w moją stronę.
- A ty co tu robisz? Bo po twojej szmacie, którą masz na sobie mogę stwierdzić, że dajesz dupy wszystkim gościom w szkolnym kiblu.
Na jego słowa zagotowało się we mnie i chciałam do niego podejść, ale Marcel mnie zatrzymał. Chwilę się z nim szarpałam ale był zbyt silny, więc spasowałam.
- Nie ośmieszaj się Niall. To ty tu jesteś męską dziwką. – Nie potrafiłam w tej chwili trzymać języka za zębami.
Jego mięsnie momentalnie się napięły, a widziałam je bardzo dobrze bo był jedynie w białym T-shircie i dresach. Mogę się założyć, że wciągał jakieś prochy, bo człowiek o zdrowym umyśle nie stałby na mrozie jedynie w cienkiej bluzce. I zdecydowanie nie przyszedł tu na bal. Mój wzrok skupił się na jego dłoniach, którymi sięgnął po coś do tylnej kieszeni spodni i po chwili w jednej z nich trzymał broń.

O cholera.

- Masz coś jeszcze do powiedzenia? – Zapytał kręcąc pistoletem na palcu.
W moich żyłach adrenalina i mieszała się ze strachem. Rozejrzałam się wokół. Nikogo nie było. Jakim sposobem nagle wszyscy zniknęli?! Jeszcze przed chwilą były tu tłumy. Jęknęłam zrezygnowana i przeniosłam swój wzrok na Marcela. Był równie zaniepokojony co ja.
- Zepsułaś mi opinie Collins. - Zaczął odbezpieczając broń. – To wszystko twoja zasrana wina. To przez ciebie trafiłem do pierdla, ale na moje szczęście ktoś wpłacił kaucję. – Zaśmiał się. - No i teraz stoję tutaj. Ale w sumie… To zaczęło nam się sypać przez niego. – Wskazał na Marcela. – Co ci się w nim tak podoba? Zlitowałaś się nad nim tylko dlatego, że jego ojciec lał go po mordzie? Cóż takie życie. – Ponownie się zaśmiał i spojrzał na bruneta. – Wiesz… ty możesz mnie nie kojarzyć. Ale ja znam cię bardzo dobrze.
Zarówno Marcel jak i ja wpatrywaliśmy się w niego oczekując dalszych wyjaśnień. Ale on tylko patrzył to na nas to na broń i uśmiechał się durnowato pod nosem.
- O czym ty mówisz? – Zapytał w końcu Marcel.
- Nie wiem czy mogę ci powiedzieć. Znowu się popłaczesz i polecisz do babci.
- Mów, do cholery! – Krzyknął Marcel, popychając go.
Blondyn mało poruszony jego gestem, przyłożył mu spluwę do skroni, a ja zakryłam usta dłonią.
- Nie radziłbym tego powtarzać. – Wysyczał przez zęby i pchnął go tak, że upadł przy moich nogach.
Teraz nie spuszczał z niego zarówno wzroku jak i broni. Stanęłam przed Marcelem osłaniając go swoim ciałem.
- Oh, a ty nagle taka odważna? Od kiedy? – Prychnął.
- Skąd znasz jego ojca? – Odezwałam się uznając jego pytanie za retoryczne.
- Ma się te znajomości. – Rzucił.
- Pytam poważnie.
- A ja ci poważnie odpowiadam.
- Niall do kurwy nędzy!
- Okey. Skoro nalegasz. - Westchnął. - Jak już ci pewnie wiadomo od Malika i reszty, handlowałem prochami. No i tak się jakoś zdarzyło, że mój ojciec również. Znał Parkera bo sprzedawał mu narkotyki. Był naszym stały klientem. No i nieźle płacił. Gdy byłem starszy, rozwoziłem towar z ojcem. Przesiadywaliśmy u ojca tego pedała, podczas gdy on sam leżał gdzieś nieprzytomny w piwnicy. Widziałem go kilka razy. Cały we krwi na zimnej podłodze. Podobał mi się ten widok i myślę… Że z chęcią ujrzałbym go jeszcze raz. Teraz. Chcesz popatrzeć ze mną? – Zaoponował, a mnie aż ścięło z nóg.
- To wszystko twoja wina… - Odparł Marcel.
Stał obok mnie i wpatrywał się w Horana pełnym napięcia wzrokiem.
- Myślę, że każdy w czymś zawinił.
- Przyszedłeś tu tylko po to żeby postraszyć nas zabawkową bronią i dawać jakieś gówniane pouczenia?! – Wrzasnęłam.
- Nie tylko. – Oparł i wystrzelił w górę udowadniając prawdziwości pistoletu. – Zamierzam pozbyć się najpierw jego, bo zabrał mi kogoś kto robił mi dobrze na każde moje zawołanie, a później ciebie za to że mnie zostawiłaś.
- To ty mnie zostawiłeś. - Przerwałam mu.
- Chociaż nie. Ciebie nie będę na razie zabijał. - Kontynuował, nie zwracając uwagi na moje wtrącenie. -  Przydasz mi się. Musisz w końcu kogoś zaspokoić. - Zaśmiał się z bronią wycelowaną w Marcela.
- Jesteś chory psychicznie.
- Mówi się trudno. – Odparł i nacisnął na spust.
Wraz z rozlegającym się hukiem zamknęłam oczy i po chwili słyszałam echo wystrzału, a gdzieś w tle krzyki zdezorientowanych osób. Po polikach popłynęły łzy, a do moich uszu dochodził jedynie stłumiony trawą bieg, który zdecydowanie nie należał tylko do jednej osoby. Ostrożnie otworzyłam oczy, bojąc się widoku który zastanę. Wytarłam łzy i pierwsze co zobaczyłam to Marcela. Stał obok mnie cały i zdrowy, ale na jego twarzy malował się strach, ból i przerażenie. Odetchnęłam z ulgą, że nic mu nie jest. 
- Lily... - Wyszeptał Marcel, ale zignorowałam go i rozejrzałam się w poszukiwaniu Nialla, jednak nigdzie go nie było. Wokół nas stała już liczna gromadka uczniów, a na trawie leżała broń i… O mój boże.
- Z-zayn... - Wyłkałam i upadłam na kolana przy mulacie.
Biała koszula miała teraz kolor krwistej czerwieni w szczególności po lewej stronie jego klatki piersiowej.
- Zaynie, spójrz na mnie. - Wyszeptałam nawet nie próbując powstrzymywać łez.
Delikatnie uniosłam jego głowę i położyłam sobie na kolanach, nieustanie gładząc jego włosy. Wpatrywałam się w jego twarz z nadzieją, że za chwilę otworzy oczy i znów będę mogła ujrzeć jego pełne życia miodowe tęczówki. Że choć na moment otworzy usta aby zapewnić mnie, że wszystko jest okey. Że to tylko zły sen. Jednak nic takiego nie chciało mieć miejsca.
- Zayn, proszę...
Nie wyczuwałam już nawet jego oddechu. Nic. Nawet najmniejszego znaku, że żyje. W końcu rozpłakałam się na dobre, pochylając się nad nim i pozwalając szlochowi całkowicie zawładnąć moim ciałem.
 
***
 
Obudził mnie czyjś krzyk, który po chwili przerodził się w płacz. Otworzyłam oczy i spojrzałam na zapłakaną kobietę, która z pomocą mężczyzny udała się do wyjścia. Rozejrzałam się po pomieszczeniu przypominając sobie wszystkie wcześniejsze wydarzenia. Naćpany Niall. Postrzelony Zayn. Przyjazd karetki i kłócenie się z lekarzami, bo nie pozwolili mi jechać z Zaynem tylko dlatego, że nie jestem z rodziny, przez co do szpitala dotarliśmy dopiero godzinę później. Gdy byliśmy na miejscu już go operowali i w sumie do tej pory nie wiem jaki jest jego stan. Od kilku godzin tkwię zwinięta w kłębek na kolanach Marcela, a na te wszystkie wspomnienia znowu chce mi się płakać. Wstałam z chłopaka lekko chwiejąc się na bosych stopach.
- Co robisz? - Zapytał lekko zdezorientowany.
- Pewnie jest ci trochę niewygodnie. - Wyszeptałam i zajęłam miejsce obok niego.
- Oh przestań. - Westchnął i wciągnął mnie z powrotem na swoje nogi, szczelnie oplatając silnymi ramionami. Bawiłam się brzegiem jego marynarki, próbując na wszelkie sposoby uciec od myśli o utracie Zayna. - Nadal nic nie wiadomo. - Odparł po chwili, a ja rozpłakałam się jak małe dziecko.
Nie dopuszczałam do siebie myśli, że mogę go stracić. Jest jedną z najważniejszych osób w moim życiu. Zastanawiałam się już jak do tego wszystkiego doszło, ale nie wiem. To wszystko działo się tak szybko. Nie słyszałam nawet jak podbiegał. Ale gdyby nie on, nie siedziałby tu teraz ze mną Marcel. Sama już nie wiem co jest gorsze.
W mało kobiecy sposób pociągnęłam nosem i w tym samym czasie w oddali korytarza dostrzegłam lekarza. Nie wiem czy to akurat on zajmuje się Zaynem, ale jest to pierwszy lekarz, który pojawił się tutaj od kilku godzin. Wyrwałam się z objęć Marcela i pobiegłam w jego stronę.
- Przepraszam. - Odparłam ściszonym głosem, zwracając na siebie jego uwagę.
Obrócił się w moją stronę. Był wysoki i przystojny. Miał około czterdziestu lat.
- Co z Zaynem? - Wydusiłam w końcu przezwyciężając rosnącą gulę w gardle.
- Chodzi o pana Zayna Malika? - Kiwnęłam głową. - Niestety nie wiem. Zajmuję się nim doktor Roberts. Proszę poczekać. - Odparł i zniknął za drzwiami.
- I co? - Podskoczyłam na dźwięk głosu Marcela, całkowicie się go nie spodziewając. - Spokojnie, to tylko ja. - Uspokoił mnie. - Więc?
- Nic nie wiedział. Mamy czekać. - Wyszeptałam i wtuliłam się w niego,
- To ja powinienem być na jego miejscu. - Westchnął, ale nie zdążyłam mu odpowiedzieć bo stanęła obok nas młoda ciemnoskóra kobieta w lekarskim kitlu.
- Jestem doktor Anne Roberts. Państwo do Zayna, prawda?
- Tak. Co z nim? - Zapytałam.
- Niestety nie mam dobrych wieści. - Zaczęła, a przez moją głowę przebiegły najgorsze myśli. Nie on nie może... - Zayn żyje, ale jego stan jest krytyczny. Operacja usunięcia ciała obcego trwała trzy godziny. Pocisk na szczęście ominął serce, ale przebił lewe płuco w kilku miejscach. Podczas zabiegu doszło również do krwotoku wewnętrznego, a z powodu braku dawcy musieliśmy szukać krwi aż w Cambridge, więc udało nam się ją przetoczyć dopiero dwie godziny temu. Podczas oczekiwania na krew jego stan znacznie się pogorszył, dlatego musieliśmy zdecydować się na śpiączkę farmakologiczną. Aktualnie znajduje się na ICU*.
- Można go odwiedzić? - Odparł Marcel.
Ja nie byłam w tej chwili w stanie wypowiedzieć ani jednego słowa.
- Są państwo z rodziny?
Kiwnęłam przecząco głową.
- Niestety mogą tam wchodzić tylko bliscy.
- Ale Lily jest dla niego jak siostra. To dla niej naprawdę ważne. Proszę to zrozumieć.
- Przykro mi. Ale jeśli państwo chcą, mogę pokazać gdzie znajduje się oddział. - Zaproponowała.
Chciałam zaprzeczyć i nie skorzystać z jej propozycji, ale to może być moja jedyna szansa, żeby zobaczyć Zayna chociaż przez szybę.
- Okey. - Westchnęłam. - Chodźmy.

Po wjechaniu windą na 8 piętro, skierowaliśmy się przez prawy korytarz na sam jego koniec. Zaglądałam do każdej sali, którą mijaliśmy, ale w żadnej nie dostrzegłam Zayna. I z tego co wywnioskowałam idąc przez korytarz, całe piętro to chyba ICU, bo wszędzie leżeli ludzie w stanie śpiączki. Gdy doszliśmy na sam koniec skręciliśmy w lewo docierając do sterylnie czystej części szpitala. Wszystko było białe, a pod napisem Intensive Care Unit Reception, stworzonym z ogromnych, srebrnych liter siedziała młoda blondynka w szarym kitlu. Wymieniła kilka zdań z doktor Roberts i wstała zza biurka.
- Zostawiam państwa tutaj. Dalej poprowadzi was jedna z pielęgniarek ICU. - Uśmiechnęła się do nas i zniknęła w głębi korytarza.
- Jestem Mia Kinney. Proszę za mną. - Odparła i ruszyła przed nami w stronę szklanych drzwi na końcu korytarza. Za nimi znajdowała się mała poczekalnia z czterema siedzeniami po obu stronach a po środku ściany, masywne drzwi z dość sporą szklaną szybą.
- Zostawiam tutaj państwa. Jeśli będą państwo czegoś potrzebować, jestem w recepcji. - Uśmiechnęła się i wyszła z pomieszczenia.
Podeszłam do drzwi i gdyby nie Marcel leżałabym teraz na podłodze. Sala w której leżał Zayn była czysta jak cała reszta tej części szpitala. Obok łóżka stało wiele urządzeń podłączonych do jego ciała i kontrolujących wszystkie parametry życiowe, a rurka która znikała w jego ustach pomagała mu oddychać. Na sam widok wszystko mnie bolało i byłabym w stanie zrobić wszystko żeby zająć jego miejsce i oszczędzić mu cierpienia.
Gdy wpatrywałam się w nieprzytomnego mulata i powstrzymywałam kolejne łzy, drzwi od poczekalni otworzyły się.
- Lily. - Usłyszałam głos mojej rodzicielki.
Odwróciłam się i wpadłam w jej otwarte ramiona, nie starając się już nawet hamować szlochu.
- Kamień spadł mi z serca, bo myślałam że coś ci się stało. - Westchnęła,  ale czułam że męczy ją jeszcze coś innego.
- Czy on umrze? - Wyłkałam.
- Zrobimy wszystko, żeby do tego nie doszło. Chcesz do niego wejść?
Skinęłam szybko głową. Mama przyłożyła kartę do czytnika i po chwili drzwi otworzyły się.
- Tylko ostrożnie. - Uśmiechnęła się.
Weszłam do środka i widziałam jak odwraca się  w stronę Marcela, który chciał do mnie dołączyć. - Chciałabym z tobą porozmawiać. - Usłyszałam jeszcze, ale później drzwi zamknęły się, izolując mnie od wszelkich dźwięków.
Podeszłam do łóżka i usiadłam na krześle, które stało obok.
- Cześć Zayn - Odparłam, a jego serce przyspieszyło.
Tak samo stało się gdy dotknęłam jego dłoni. Bałam się, że coś się stanie, więc postanowiłam po prostu siedzieć obok niego  w zupełnej ciszy.
 
Po niecałej godzinie pożegnałam się z Zaynem i wyszłam z sali, zastając mamę i Marcela pogrążonych w cichej rozmowie. Na mój widok od razu zamilkli i wstali jednocześnie.
- Przerwałam wam w czymś? - Zapytałam nie bardzo rozumiejąc ich nagłe poruszenie.
- Lily... - Zaczął po chwili Marcel. -  Niall jest na wolności i na pewno będzie chciał coś ci zrobić.
- Wiem o tym. - Odparłam.
Spojrzeli na siebie, a ja w tym czasie zajęłam jedno z plastikowych siedzeń.
- No co? - Ich zachowanie robiło się irytujące.
- Nie możesz tutaj dłużej przebywać. - Rzucił brunet.
- Moment. Co?
- Marcel powiedział mi, że Niall prawie cię zgwałcił.
- Powiedziałeś jej? Ustalaliśmy, że nikomu o tym nie powiesz! - Krzyknęłam w stronę Marcela.
- Lily, nie uważasz, że jako twoja matka powinnam się dowiadywać o takich rzeczach od ciebie? - Wtrąciła rodzicielka. - Wyjeżdżamy do Londynu. Nie pozwolę na to żeby ten człowiek dopuszczał się takich rzeczy na mojej córce.
- Ale ja nie chcę...
- Nie interesuje mnie to. Nie zostaniesz tutaj. - Odparła stanowczo.
- Jak ty sobie to w ogóle wyobrażasz? - Zwróciłam się do rodzicielki. - Mam zostawić Zayna tutaj? W mieście w którym znajduje się ten idiota?
- Zapewnimy mu ochronę. Może tu wchodzić tylko personel lub ludzie z zewnątrz za pozwoleniem lekarza. Dostarczymy do recepcji zdjęcie Nialla i...
- Okey, okey. - Złapałam się za głowę, próbując przyswoić otrzymane informacje. - Rozumiem, że ty jedziesz z nami? - Zwróciłam się do Marcela.
- Lily... - Przerwał, ewidentnie nie wiedząc co powiedzieć.
- Nie mogę jechać
- Jak to nie możesz?
- Nie chcę zostawiać babci samej. Ty sobie poradzisz, a ona...
- Poradzę sobie? Serio wydaje ci się to takie łatwe? Jak stąd wyjadę będziemy się widywać raz na pół roku. Nie chce żyć w pieprzonym związku na odległość, bo wtedy to wszystko się rozsypie. No chyba, że chcesz żeby się tak stało.
- Oczywiście, że nie chcę. Dlaczego w ogóle taka myśl przyszła ci do głowy?
- Dajesz mi do tego powody. - Rzuciłam.
- Po prostu chcę żebyś była bezpieczna.
- I myślisz, że to mnie uchroni? W każdym mieście czai się jakiś psychopata z bronią. - Westchnęłam. - Nie chcę jechać sama. Dniami i nocami będę się głowić czy jeszcze żyjesz. Dlatego albo jedziemy wszyscy łącznie z twoją babcią, albo nigdzie się nie wybieram. - Spojrzałam najpierw na niego, a później na mamę.
- Czyli teraz wszystko zależy ode mnie? - Zapytał chłopak.
Skinęłam głową. W jego oczach widziałam wewnętrzną walkę.
- Okey, ale nie wiem czy babcia będzie chciała stąd wyjeżdżać.
- Jak widzisz jestem dobrą negocjatorką. - Uśmiechnęłam się, na co Marcel odpowiedział mi tym samym.


 

*ICU (Intensive Care Unit) - Oddział Intensywnej Opieki Medycznej


Witajcie! Nie było mnie tu tydzień i jestem mile zaskoczona wspaniałymi komentarzami oraz ilością wyświetleń bo jest ich już ponad 20 000! Bardzo wam dziękuję i za razem przepraszam, że musicie tak długo czekać na rozdziały. Przede mną kolejny bardzo ciężki, ale mam nadzieję że ostatni taki tydzień. Mam nadzieję, że nadal będziecie czytać bloga i komentować rozdziały tak cudownie jak do tej pory. ♥
 
Rozdział 28 pojawi się za 32 komentarze. ;*  
 
 

czwartek, 26 lutego 2015

ROZDZIAŁ 26

Jego wzrok wywiercał bolącą dziurę na mojej twarzy. Czułam jego ból i smutek, które właśnie mu doskwierały. Emanował niepokojem, a w oczach szkliły się łzy, które lada moment płynęły po jego zaczerwienionych policzkach. W mojej głowie echem odbijały się jego słowa: „Mówiłaś, że nie odejdziesz. Obiecałaś mi.” Mogę go tak zostawić? W takim stanie, po tym czego się dzisiaj dowiedział? Może on tak jak ja nie jest w stanie tego wszystkiego pojąć? Myślę, że gdybym stąd wyszła, sięgnąłby… Jest tu dużo ostrych przedmiotów, którymi mógłby zadać sobie rany. Tego właśnie chcę? Aby okaleczał się przeze mnie? Oczywiście, że nie. Kocham go, a gdyby się zabił… Myślę, że poszłabym w jego ślady. Byle by przy nim być.
Zabrałam dłoń z klamki i podeszłam do niego. Szkło, metal, drewno. Wszystko co leżało na podłodze, trzeszczało z każdym krokiem. Nie czekając ani chwili dłużej, złączyłam nasze usta w pocałunku. Położyłam swoje dłonie na jego ramionach i splotłam je za szyją. Swoimi dużymi dłońmi podążył w dół pleców, ostatecznie zatrzymując się na pośladkach, aby mnie unieść i pozwolić, abym plotła się nogami wokół jego pasa. Podszedł do biurka i posadził mnie na blacie. Z początku muskał moje usta, ale po chwili pocałunki stały się wręcz desperackie. W moim podbrzuszu pożądanie rosło w zawrotnym tempie. Przeniósł dłonie na moje uda i podwinął materiał spódniczki, mając łatwiejszy dostęp do mojej bielizny, której po chwili pozbył się szybkim ruchem i rzucił na podłogę. Ponownie wrócił do moich ust, a ja położyłam dłonie na jego obojczykach i powoli sunęłam w dół po cienkim materiale, czując wszystkie jego mięśnie, które spinały się z każdym, nawet najmniejszym ruchem. Rozpięłam guziki jego spodni, by chwilę później zsunąć je z bioder. Palcami przejechałam po twardej erekcji, okrytej jednie cienkim materiałem bokserek, a on wciągnął powietrze. Przerwał pocałunek i zsunął bokserki uwalniając gotowego penisa i pociągnął mnie za nogi, rozszerzając je przy tym na tyle ile mu pozwalały, w efekcie czego siedziałam na samej krawędzi biurka. Położył dłonie na moich biodrach i przysunął się tak, że czułam jego główkę przy swoim wejściu.
- Dlaczego to zrobiłeś? – Zapytałam wplątując palce w jego loki.
- Nie teraz. – Odparł i powoli wsunął się we mnie, tłumiąc mój jęk soczystym pocałunkiem.
Przytuliłam go do siebie jeszcze mocniej, zaciągając się jego wspaniałym zapachem. Poruszał rytmicznie biodrami, wchodząc we mnie coraz głębiej.
- Marcel! – Krzyknęłam gdy uderzył w mój najczulszy punkt, mierząc się jednocześnie z falą ogromnej przyjemności.  – O mój boże. – Wydyszałam.
Po kilku ruchach doszedł również on, drżąc i wlewając we mnie swoje nasienie. Gdy ochłonął, uniósł mnie z blatu zmuszając abym oplotła się nogami wokół jego pasa. Objęłam go i zmęczona położyłam głowę na jego ramieniu. Po cichu otworzył drzwi i poszedł do niegdyś mojego pokoju, kładąc mnie na łóżku. Wyszedł ze mnie, na co lekko się skrzywiłam.
- Zaraz przyjdę. – Wyszeptał i pocałował mnie w czoło.
- Wróć do mnie za chwilę, a nie za 4 godziny. – Wymamrotałam.
Uśmiechnął się do mnie przepraszająco i wyszedł z pokoju. Powieki miałam coraz cięższe, ale robiłam wszystko żeby nie zasnąć, aż do powrotu chłopaka. Na szczęście po kilku minutach wrócił.
- Ten widok jest kuszący. – Wymruczał a ja zdałam sobie sprawę, że spódniczka podwinięta była nad same biodra. Próbowałam ją obciągnąć, ale bez skutku.
- Ktoś tu jest bardzo zmęczony. - Zaśmiał się chłopak. - Pomogę ci.
Położyłam ręce w wzdłuż ciała, nie mając siły nawet mu podziękować. Byłam wyczerpana zarówno wszystkimi informacjami, jak i czterema orgazmami, które dzisiaj przeżyłam. Marcel usiadł na łóżku i unosząc moje biodra, wygładził materiał na moim ciele. Położył się obok mnie, przyciągnął do swojego ciepłego torsu i przykrył kołdrą.
- Powiesz mi? – Zapytałam, obracając się w jego objęciach.
- Jesteś zmęczona. Śpij.
- Nie. – Odparłam stanowczo.
Westchnął zrezygnowany i odgarnął swoje włosy.
- Mój ojciec też ma na imię Harry. Zmieniłem imię, bo chciałem mieć z nim jak najmniej wspólnego. Nienawidzę go. - Czułam jak cały się spina, a dłonie zaciska w pięści. - Myślę, że gdybym go zobaczył, zabiłbym go gołymi rękoma. Za to co zrobił mamie, Gemmie i mi. Ten bydlak nie powinien żyć. Jebany skurwiel... – Uciszyłam go kładąc palec na jego nabrzmiałych ustach.
- A ten wiek? Nie zdałeś?
- Szczerze to nie miałem kiedy nie zdać, bo rzadko chodziłem do szkoły. – Zaśmiał się smutno. – Sam nie wiem. Jakoś tak wyszło. – Wzruszył ramionami. – Przepraszam. – Wyszeptał. – I dziękuję, że zostałaś.
Pocałowałam go, a on odwzajemnił pocałunek.
- Jak twoja ręka? – Całkowicie o niej zapomniałam.
Uniósł ją sam ciekawy jak to wygląda. Materiał był przesiąknięty, ale na szczęście krwawienie ustało.
Podniosłam się, odkrywając nas aby mieć lepszy dostęp do rany i powoli odsłoniłam szramę.
- Masz jakąś apteczkę?
- W łazience. – Odparł.
Wstałam z łóżka i poszłam do toalety. Po znalezieniu czerwonego pudełka, wróciłam do chłopaka i zapaliłam lampkę nocną. Usiadłam na nim w rozkroku. Położyłam na kolanach mały ręcznik i polałam ranę wodą utlenioną. Trochę się pieniło, ale nie było aż tak źle. Marcel skrzywił się z bólu. Po chwili powtórzyłam czynność.
- Długo będziesz mnie jeszcze torturować? – Wyszeptał.
- Jeśli będziesz się jeszcze bardziej wiercić to tak. - Odparłam, a on westchnął bezradnie.
Przetarłam ranę sucha gazą i obwinęłam bandażem, ostatecznie związując końce na pęczek. Położyłam apteczkę na szafce i po zgaszeniu światła wtuliłam się w Marcela, plącząc nasze nogi i odpływając w głęboki sen.

*Kilka dni później*

Po zrobieniu mocnego makijażu oczu, nałożyłam warstwę różowego błyszczyku na usta i wyszłam z łazienki. Marcel stał przed lustrem i próbował zawiązać krawat. Gdy jego wzrok spotkał się z moim w lustrze, irytacja w jego oczach zmieniła się na podziw i pożądanie. Odwrócił się i wolnym, seksownym krokiem podszedł do mnie.
- Wyglądasz… Nieziemsko. – Położył dłonie na moich biodrach i spojrzał na mnie z góry. Pomimo wysokich szpilek nadal przewyższał mnie wzrostem. – A ten dekolt… - Jęknął. - Rezerwuję sobie z tobą pierwszy taniec. - Wymruczał.
Pochylił się, łaskocząc mnie swoimi włosami i złożył pocałunek pomiędzy moimi piersiami. Miałam na sobie czarną sukienkę sięgającą przed połowę uda i z dekoltem w kształcie litery V kończącym się na linii pod piersiami. – Pięknie pachniesz. – Dokończył zaciągając się moim zapachem, a ja zachichotałam.
Podniósł swoją twarz na wysokość mojej i złożył na moich ustach krótki pocałunek.
- Pomożesz mi z krawatem? Męczę się od 5 minut. – Westchnął zrezygnowany.
Sięgnęłam do jego szyi i kilkoma ruchami zawiązałam krawat, dociągając go do kołnierzyka.
- Dziękuję. – Odparł i ponownie musnął moje usta. – Gotowa?
- Tak. Jeszcze tylko płaszcz i możemy iść. – Uśmiechnęłam się.
Zajrzałam do szafy i zdjęłam z wieszaka okrycie, od razu je na siebie zakładając. Marcel podał mi rękę i po wyjściu z domu, pojechaliśmy do szkoły.
Sala w której miał odbyć się bal była przepięknie udekorowana. Okrągłe stoły ustawione były na połowie sali i pomimo ich sporej ilości, pomiędzy nimi zachowana była idealna odległość aby móc swobodnie się poruszać. Na każdym z nich ustawiona była czarna i biała zastawa, na talerzach znajdowały się czerwone karteczki z imieniem i nazwiskiem, a w samym centrum stołów znajdowały się małe bukieciki, do których przywiązano balony w kształcie serc. W miejscu dla orkiestry również nie szczędzono dekoracji, a przy wejściu stały dwa ogromne wazony wypełnione czerwonymi różami. Na sali było już sporo osób, a kreacje były przeróżne. U dziewczyn od skromnych sukienek, ledwo zakrywających tyłek do długich sukni wieczorowych, najczęściej czarne lub w przeróżnych odcieniach czerwieni. Chłopcy natomiast proste czarne, grafitowe lub granatowe garnitury z muchami lub krawatami pod szyją. Udaliśmy się w głąb pomieszczenia w poszukiwaniu naszych miejsc.
- Lily! – Usłyszałam wołanie.
Odwróciłam się i spojrzałam na Zayna, który podążał w naszym kierunku. Miał na sobie elegancki czarny garnitur i śnieżnobiałą koszulę. Na nogach czarne, krótkie martensy a zamiast zwykłego krawatu bandana. Uwielbiam jego styl i to jak wspaniale potrafi łączyć elegancje ze stylem bad boya. Marcel puścił moją dłoń, pozwalając przytulić się do mulata, który od razu zamknął mnie w mocnym uścisku.
- Hej. – Odparłam szczęśliwa.
- Cześć. Ślicznie wyglądasz. – Odparł odsuwając mnie od siebie i lustrując ponownie od dołu do góry, zatrzymując się na dekolcie i oblizując przy tym dolną wargę. Skrzyżowałam ręce na piersiach zasłaniając mu widok, a on ściągną brwi na co się zaśmiałam.
- Rezerwuje sobie z tobą pierwszy taniec. - Odparł po chwili.
- Przykro mi Zayn, ale Marcel cię wyprzedził. - Uśmiechnęłam się spoglądając na chłopaka.
Marcel uśmiechnął się pod nosem i wzruszył ramionami. Zayn przywitał się z nim i przybliżył się do mnie.
- No to drugi. - Wyszeptał mi do ucha.
- Dobrze. Będę pamiętać. - Zaśmiałam się. - Wiesz może gdzie mamy miejsca?
- Tak. Chodźcie, zaprowadzę was. - Odparł mulat i skierowaliśmy się za nim do naszego stolika

***

Zmęczona, zdyszana i po przepchaniu się przez tłum w końcu dotarłam do naszego stolika. Po chwili dotarł do niego również Marcel, z którym przed chwilą tańczyłam.
- Nie wiedziałam, że jesteś aż tak dobry. - Odparłam nadal szybko łapiąc powietrze.
- Ja też. - Zaśmiał się.
Loki opadły mu na czoło, więc wyciągnęłam dłoń i odgarnęłam je do tyłu. Pociągnął mnie za rękę, zmuszając do wstania i posadził na swoich kolanach. Przysunął mnie do siebie tak, że nasze ciała prawie się dotykały a na kobiecości czułam jego pokaźną erekcję. Przygryzłam wargę i spojrzałam na niego.
- To przez to twój tyłek, którym przez cały utwór się o mnie ocierałaś. - Jego głos był niski i przepełniony pożądaniem.
- Może coś z tym zrobimy? - Wyszeptałam, przygryzając płatek jego ucha.
- Stoi mi od momentu jak zobaczyłem cię w tej sukience w domu, więc nie mam nic przeciwko.
- Okey. - Wstałam z niego, a on zaraz za mną. - Ale najpierw pójdziemy się przewietrzyć. - Odparłam.
Na moje słowa jęknął, a ja zaśmiałam się ciągnąc go za sobą w stronę wyjścia. Aby móc odetchnąć świeżym powietrzem musieliśmy przejść kilkanaście metrów w stronę szkolnego parku. Gdy uwolniliśmy się w końcu od dymu papierosowego, usiedliśmy na ławce. Po alejkach spacerowało sporo osób, którzy tak jak my postanowili odpocząć od głośnej muzyki. Po kilku minutach siedzenia zrobiło mi się zimno, więc opatuliłam się płaszczem, a Marcel przyciągnął mnie do siebie.
- No proszę, proszę. Kogo my tu mamy... - Do moich uszu dobiegł głos, który tak dobrze znałam.
Marcel i ja spojrzeliśmy za siebie niemal jednocześnie, po czym ponownie zwróciliśmy wzrok ku sobie, patrząc na siebie z niedowierzaniem.

Czy Niall nie powinien być przypadkiem w więzieniu?
 
 
 
 
Lily postanowiła zostać z Marcelem, ale jakim sposobem i w jakiej sprawie na balu pojawił się Niall? Rozdział 27 za 32 komentarze. ;*
 
Cieszę się, że udało mi się dzisiaj znaleźć chwilę wytchnienia i dokończyć dla Was rozdział. Dziękuję również za cierpliwość oraz za wsparcie i wspaniałe komentarze. ♥

♥ Kocham Was ♥
Ola xx

piątek, 20 lutego 2015

ROZDZIAŁ 25

- Która godzina? – Wyszeptałam dochodząc do siebie po orgazmie.
Wpatrywałam się w klatkę piersiową Marcela, która unosiła się i opadała w zawrotnym tempie.
- Dochodzi południe. – Uśmiechnął się.
Westchnęłam i obróciłam się na plecy. Pomiędzy nami była 50-cio centymetrowa przerwa, która po chwili zniknęła bo chłopak wtulił się w moje rozgrzane ciało, kładąc głowę na moim ramieniu.
- Za cztery dni bal. Muszę kupić sukienkę.
- Dla mnie możesz iść tak jak teraz. – Zaśmiał się.
Nie powtrzymałam się od uśmiechu.
- Mówię serio.
- Ja też mówię serio. – Ledwo powstrzymywał śmiech.
- Marcel, jestem wybredna co do takich kreacji. A ty masz garnitur?
Zaprzeczył głową.
- No właśnie. Więc idziemy razem. Dzisiaj?
- Teraz?
- Możemy teraz. – Uśmiechnęłam się szeroko.
- Nie dasz człowiekowi odpocząć. - Ucałował moje ramie, po czym wstał z łóżka.
Zebrał z podłogi ubrania i podszedł do drzwi.
- Gdzie idziesz taki… Nieubrany? – Zapytałam zaskoczona.
- Do łazienki. Przecież nikogo nie ma.
- No wiesz… Moi rodzice mają drugie klucze, więc mogli wejść do domu, podczas gdy my pieprzyliśmy się najpierw na biurku, potem na dywanie, a na końcu tutaj i usłyszeć nasze szczytowania. Teraz na przykład mogą siedzieć w salonie i czekać, aż któreś z nas wyjdzie, po czym przechwycić na małe przesłuchanie. – Przeniosłam wzrok ze swoich paznokci na niego.
Jego dłoń spoczywała nieruchomo na klamce, a reszta ciała nawet nie drgnęła. Patrzył na mnie spanikowanym wzrokiem.
- Żartuje. Na pewno by nas uprzedzili. Ale mogę się założyć, że wiedzą co tu się wyprawia. – Zachichotałam.
Zgromił mnie wzrokiem, na co zaśmiałam się jeszcze głośniej.
- Nie musisz iść przez korytarz. Łazienka jest za tymi drzwiami. – Wskazałam na drewnianą powłokę na przeciwko łóżka.
Marcel uśmiechnął się zadziornie, ale w jego oczach widać było wdzięczność i po chwili zniknął za drzwiami.
Ja w tym czasie ubrałam się i wyszczotkowałam włosy. Gdy Marcel skończył brać prysznic, weszłam do łazienki i zrobiłam lekki makijaż.
- Wyglądasz… Seksownie. – Spojrzałam na jego odbicie w lustrze. Przyglądał mi się kilka długich sekund.
Ubrana byłam w luźny szary sweter, który kończył się przed połową ud. Pod nim czarna bluzka na ramiączkach i obcisła spódniczka kończąca się zaraz pod pośladkami. Na nogach zakolanówki i czarne Vagabondy. Gdy malowałam rzęsy, Marcel uniósł mój sweter, a po chwili go opuścił.
- Co? – Zapytałam zaciekawiona tym, w jakim celu to zrobił.
- Patrzyłem czy masz coś pod spodem. Nie jest to trochę za krótkie?
- Nie.
- Okey. Najwyraźniej nie znam się na dzisiejszych trendach. Ale nie zdziw się jak zechcę przelecieć cię w przebieralni jednej ze sklepów. – Odparł i wyszedł z łazienki, zostawiając mnie z natłokiem zboczonych myśli. Seks w przebieralni? To mogłoby być fajne. Zachichotałam po czym pokręciłam głową. Oj Marcel, Marcel. Co ty ze mną robisz?
Gdy skończyłam makijaż, wyszłam z łazienki. Marcel rozmawiał przez telefon.
- Tak… Okey… Ale co się stało? Mhm… Ty płaczesz? Ale… Okey, zaraz będę. – Odparł i rozłączył się. Odłożył komórkę na szafkę i przeczesał włosy.
- Coś się stało?
- Muszę jechać do babci. Chce mi coś powiedzieć, ale jak twierdzi to nie jest rozmowa na telefon. Przepraszam cię, że nie pojedziemy na zakupy, ale martwię się, bo chyba płakała.
- Okey. Nie przejmuj się. Weź moje auto. – Rzuciłam mu kluczyki.
Był zamyślony, ale na szczęście jeszcze w miarę kontaktował.
- Dzięki. W przeciągu godziny powinienem być z powrotem, więc jeśli będziesz chciała pojedziemy po południu, ok?
- Ok. – Westchnęłam.
- Przepraszam jeszcze raz. - Musnął moje usta i wyszedł z pokoju.
Położyłam się na łóżku i zajęłam swój umysł aktualnym problemem – Czym by się tu zająć?

***

- Znowu nie odbiera. A jeśli coś się stało? – Powtarzałam to już setny raz z rzędu.
- Może po prostu zostawił telefon w innym pomieszczeniu? – Zayn siedział obok mnie i pocieszał mnie od godziny.
- Ale dochodzi 16:00. Miał wrócić trzy godzin temu. – Bezradnie schowałam twarz w dłonie. – Nie, nie mogę tak siedzieć. Zawieź mnie tam.
- Co?
- Zawieź mnie do jego domu. Nie wytrzymam dłużej w niepewności.
- Okey. – Westchnął mulat. – Chodźmy.
Wyszliśmy z domu i po nie całych 10 minutach jazdy byliśmy pod domem Marcela.
- Mam poczekać? – Zapytał gdy wysiadałam.
- Nie musisz. Wrócę z Marcelem. – Uśmiechnęłam się i odjechał.
Podeszłam pod drzwi i zapukałam. Pierwszy raz, drugi, trzeci. Gdy straciłam już nadzieje na to, że ktoś mi otworzy, nacisnęłam na klamkę i weszłam do środka.
- Halo? – powiedziałam głośno gdy mijałam kuchnię, ale zatrzymałam się bo usłyszałam cichy szloch. Weszłam do pomieszczenia. Babcia Marcela siedziała przy stole i płakała w dłonie.
- Co się stało? – Podeszłam, zaniepokojona.
W mojej głowie pojawiły się miliony myśli dotyczących Marcela i tego co mogło mu się stać. Babcia spojrzała na mnie zapłakanymi oczami.
- Marcel, on… Ja nie mogłam dużej tego przed nim ukrywać. – Wyłkała i ponownie się rozpłakała.
- Gdzie on jest? – To wszystko zaczęło się robić niepokojące.
- U siebie, ale… Nie powinnaś tam iść.
- Dlaczego? – Zapytałam, jednak nie usłyszałam odpowiedzi.
 
Co tu się do cholery dzieje?

Wyszłam z kuchni i szybkim krokiem weszłam po schodach, przeskakując co dwa stopnie. Drzwi od pokoju były zamknięte ale to co działo się w środku było słychać bardzo dobrze. Co trochę coś uderzało o ściany, podłogę. Tłuczone szkło. Ale po chwili nastała cisza. Nie czekając ani chwili dłużej weszłam do środka. W pokoju było dość ciemno, ale to co ujrzałam było przerażające. Na podłodze porozrzucane były książki, ubrania, fragmenty mebli. Szkło od ram w których wisiały rysunki było potłuczone w drobny mak. Nie paliła się nawet lampka, bo ona również była stłuczona i leżała zupełnie w innej części pokoju niż zazwyczaj. Na podłodze były też liczne krople krwi. Spanikowana zaczęłam szukać wzrokiem Marcela i dopiero po większym przyjrzeniu się, zauważyłam małą postać w rogu pomieszczenia. Podbiegłam i przykucnęłam przy nim. Jego dłonie były pokaleczone od antyram, a w jednej z nich trzymał kawałek szkła. Z drugiej zaś, długą stróżką wypływała krew.
- Jezu, Marcel. Coś ty zrobił. – Mój oddech był szybki i urywany, a po policzkach zaczęły płynąć łzy.
Wzięłam prześcieradło i podarłam je, robiąc z niego długi pasek materiału. Obwiązałam je nad raną i zabezpieczyłam również szramę, tamując krwotok. Dobrze, że mama namówiła mnie kilka lat temu na naukę bandażowania.
- Marcel spójrz na mnie. – Jego głowa bezwładnie zwisała opierając się o ramię, a loki zasłoniły mu twarz.
Odgarnęłam włosy i złapałam jego podbródek, unosząc twarz.
- Marcel, błagam… - Mój głos był przepełniony rozpaczą, a łzy nie miał końca.
Nie zostało mi nic innego jak go ocucić. Uderzyłam go na co od razu na mnie spojrzał.
- Przepraszam, ale… Chciałam, żebyś wrócił. – Wyszeptałam.
Spojrzał na swoją rękę, a później rozejrzał się po pokoju.
- Co się stało? – Na moje słowa wyraz jego twarzy momentalnie się zmienił.
Malował się na niej ból, a oczy były pełne łez. Odsunął mnie i wstał, kontynuując demolowanie pokoju. Wyglądał jakby wpadł w jakąś traumę. Stałam jak wryta nic z tego nie rozumiejąc.
- Marcel, o co do cholery chodzi? – Gula w moim gardle była coraz większa.
Ale on ani na mnie spojrzał. Niszczył wszystko, a z rany ponownie zaczęła płynąć krew.
- Marcel! – Krzyknęłam i podbiegłam do niego, chwytając jego dłonie i unieruchamiając go.
Przez chwilę próbował ze mną walczyć, ale po chwili bezradnie usiadł na ziemi i schował twarz w dłonie szlochając głośniej ode mnie.
- Lily, to wszystko jest takie popieprzone. – Wyłkał.
- Co? Co jest popieprzone? – Zapytałam, poprawiając opatrunek.
- Ja. Moje jebane życie. Wszystko.
- Dlaczego nie wracałeś? Martwiłam się. Nie mogłeś zadzwonić? Co powiedziała ci babcia?
Na moje ostanie pytanie zaszlochał głośno.
- Powiedz mi.
- Nie chcesz wiedzieć. To straszne. Ja… Ja już nie chce żyć. – Przetarł oczy i schował twarz w kolana.
- Chcę wiedzieć. Czego dowiedziałeś się od babci? Marcel, proszę…
- Moja mama… Ona nie umarła przy porodzie.
- Co? O czym ty mówisz?
- Podobno była wspaniałą matką. Chroniła nas przed ojcem. Ale pewnego dnia chciała z nami uciec. Miałem wtedy dwa lata. Ojciec znalazł nas gdy mama czekała z nami na autobus. Zaciągnął nas do domu. Nas zamknął w pokoju, a ją… On ją zgwałcił. Na śmierć. – Patrzył na mnie pełnym bólu i rozpaczy wzrokiem. Ale ja nie rozumiałam jednej rzeczy.
- Kto był z wami?
Sięgnął do tylnej kieszeni spodni i podał mi zdjęcie.
- Podobno miałem siostrę. – Wyszeptał, a nasze łzy nabrały na sile.
Wzięłam zdjęcie drżącą dłonią i zakryłam usta dłonią. Na zdjęciu była kobieta, mama Marcela. Była śliczna. Miała długie, brązowe włosy, które kaskadami układały się na ramionach. Obok niej stała szeroko uśmiechnięta dziewczynka. Miała może z pięć, sześć lat, a na rękach z pomocą mamy trzymała małego chłopca z zielonymi tęczówkami. Chłopca, którego tak dobrze znam i który wycierpiał tak wiele. Załkałam głośno, nie mogąc oderwać wzroku od fotografii. Wyglądają na szczęśliwych. Nie mogę uwierzyć w to, że jeden człowiek zniszczył coś tak wspaniałego.
- Pamiętasz ją?
- Gemmę? Teraz już tak.
- Czemu… Teraz?
- Bo… babcia wszystko mi opowiedziała. Przypomniała mi. Gdy to wszystko się działo… Byłem w szoku. Dlatego nic nie pamiętałem. Odsłoniła kolejną kartę moich wspomnień. Ale nie wiem czy powinienem być jej za to wdzięczny. To mnie będzie prześladować, Lily… – Pociągnął nosem. - Wiedziała to cały czas, ale ukrywała to, bo czekała aż będę gotowy żeby zmierzyć się z prawdą. Ale ja… Chyba nigdy bym nie był.
- Co się z nią… - Nie umiałam dokończyć. Nie dałam rady. Wiem, że za śmiercią Gemmy stoi jego… Ich pieprzony ojciec.
- A jak myślisz? Zginęła z rąk tego skurwiela. Została zakatowana we własnym pokoju. Ojciec zamknął mnie w łazience, ale udało mi się wyjść i wszystko widziałem. Jak ją gwałci, rani, bije, wyrywa włosy. To było straszne. – Ostanie słowa wyszeptał i spuścił głowę. Łzy kapały mu na poranione dłonie.
- Znowu chciałeś się zabić. – Mój głos przepełniony był bólem.
Uniósł na mnie swój wzrok. Oczy miał czerwone od łez, a zieleń oczu była bez życia. Z resztą jak cały on w tej chwili. Nie było w nim teraz nic innego niż udręka, rozpacz i bezsilność.
- Lily, ja… Nie zdołam żyć z tyloma wspomnieniami. Prędzej czy później się zabiję. Nie uchronisz mnie przez tym.
- Nie mów tak. Nie możesz mnie zostawić. Kocham cię i nie chcę cię stracić. Marcel… - Szloch targał moim ciałem, a po jego słowach jeszcze bardziej się nasilił.
Nic nie powiedział. Znowu spuścił wzrok na dłonie, a ja czułam się bezradna. W pokoju był słychać tylko nasz płacz i ciężkie oddechy. Dlaczego to musi być takie popieprzone? Gdyby wszystko byłoby normalne byłoby prościej. Ale… To wszystko męci mi w głowie. Nie wiem gdzie to wszystko nas zaprowadzi.
- Okłamałem cię. – Odparł po chwili.
Spojrzałam na niego, nie bardzo rozumiejąc to co właśnie powiedział.
- C-co? – Ściągnęłam brwi.
Wstał i wyjął z jednej z szuflad białą teczkę. Ponownie usiadł przede mną i wyjął z niej małą, białą kartkę. Podał mi ją i przyglądał mi się, oczekując mojej reakcji. Rozłożyłam ją i powoli zaczęłam czytać zawartość.
 

Akt Urodzenia
 
Nazwisko: Styles
Imię (Imiona): Harry Edward Marcel
Data urodzenia: 1 lutego tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego czwartego roku /01.02.1994r./
Miejsce urodzenia: Bournemouth
Nazwisko i imię (imiona) ojca: Parker Harry
Nazwisko (rodowe) i imię (imiona) matki: Cox Anne
 
 
Ogarnął mnie szok. Siedziałam nieruchomo i wpatrywałam się w literki składające się na te wszystkie wyrazy. Nie ma na imię Marcel. To znaczy ma, ale… To nie jest jego oficjalne imię. I jest rok starszy, a nie tak jak mówił, w moim wieku. Nie… Ja nie wiem… Nic już z tego nie rozumiem. To za dużo informacji jak na jeden dzień. Może jest coś jeszcze co stara się ukryć? Nie wiem czy jestem w stanie to wszystko pojąć.
- To kim ty w ogóle jesteś? – Zapytałam piskliwym i przepełnionym żalem głosem.
Wpatrywałam się w niego z oczekiwaniem, ale on tylko westchnął. Oddałam mu zdjęcie oraz akt urodzenia i wstałam z podłogi.
- Gdzie idziesz?
- Marcel, ja… To dla mnie za wiele.
- Proszę cię, Lily… Pozwól mi to wszystko wytłumaczyć. – Łzy jego oczach obudziły się do życia. - Co zrobisz? Odejdziesz?
- Ja już nie wiem co mam robić. – Wydusiłam i za nim wyszłam z pokoju, ostatni raz na niego spojrzałam.
Na jego twarzy malował się strach i niepokój. Odwróciłam się i skierowałam do wyjścia.
- Nie zostawiaj mnie, proszę. – Wyszeptał, zatrzymując mnie w półkroku z ręką na klamce. – To nic dla ciebie nie znaczy? Mówiłaś, że nie odejdziesz. Obiecałaś mi.

Właśnie. Obiecałam.
 

 
 
Mamy rozdział 25! :D Jak myślicie, co zrobi Lily?
 
Chciałabym również bardzo Was przeprosić, że musieliście tyle czekać na ten rozdział, ale pierwszy tydzień szkoły i od razu wrzucili nas na głęboką wodę, więc miałam bardzo mało czasu na pisanie. :( Kolejne tygodnie zapowiadają się niestety podobnie, ale postaram się jak najszybciej wstawiać posty i mam nadzieję, że nie zaprzestaniecie czytania bloga. ;*
 
Rozdział 26 za 32 komentarze. ;*
 
♥ Kocham Was ♥
Ola xx

niedziela, 15 lutego 2015

ROZDZIAŁ 24

Obudził mnie czyjś dotyk na głowie. Otworzyłam oczy. Zdziwiłam się bo Marcel jeszcze spał, z twarzą wtuloną w moją szyję. Obróciłam się lekko w drugą stronę, aby nie obudzić chłopaka. Przy łóżku stała mama i wpatrywała się we mnie troskliwym wzrokiem. Uradowana powoli uwolniłam się z objęć Marcela i przytuliłam się do rodzicielki.
- Jak się czujesz? – Zapytała.
- Dobrze. Wręcz jak nowonarodzona.
Zaśmiałyśmy się.
- Dlaczego tak szybko przyjechaliście z Londynu? – Wyszeptałam.
- Nie mogliśmy przebywać w Londynie, podczas gdy nasza córka leżała nieprzytomna w szpitalu. Poinformowano nas od razu jak tu trafiłaś.
Ściągnęłam brwi.
- Kto was poinformował?
- Marcel. – Odparła i spojrzała na śpiącego chłopaka. – Siedział przy tobie zrozpaczony dnie i noce. Namawialiśmy go, żeby jechał odpocząć, ale nie chciał. Jego babcia przywoziła mu codziennie ubrania, a kąpał się w łazience dla personelu.
Spojrzałam na chłopaka. Tyle mi poświęcił. Był przy mnie cały czas. Cieszył się, że jego oczekiwanie na moją pobudkę nie poszło na marne. A ja nie doceniłam tego bo byłam na niego zła.
- Jak do tego doszło? – Zapytała, siadając na krześle. - Pytaliśmy się Marcela, ale był w szoku i powtarzał tylko, że to jego wina.
Opowiedziałam jej o całym zajściu.
- Oj Lily. Nie wydaje ci się, że zareagowałaś trochę za mocno? To dla niego nowe doświadczenie, że tak nagle ludzie zaczęli się nim interesować. Jeśli cię kocha to na pewno tak nie uważa. Po prostu poniosło go, bo chciał się przypodobać.
- Ale nie musiał potwierdzać, tego co powiedziały te… Ugh. Dziewczyny. Trochę mnie to zabolało. – Wtrąciłam.
- Myślę, że powinniście na spokojnie porozmawiać i wszystko sobie wyjaśnić. – Uśmiechnęła się.
Dopiero teraz zauważyłam, że była ubrana w biały, lekarski kitel.
- Później jeszcze do ciebie przyjdę. Doktor Jamie chce cię jeszcze przebadać. Wyglądasz nie najgorzej więc myślę, że jeszcze dzisiaj cię wypiszą. – Ucałowała czubek mojej głowy i wstała z krzesełka.
- Mamo? – Zatrzymałam ją gdy otwierała drzwi.
- Tak?
- Bo… Marcel ma rany na plecach. Nie chcą mu się goić. Zerknęłabyś później? Obiecałam, że mu pomogę.
- Pewnie. – Uśmiechnęła się i wyszła z sali.
Odwróciłam się najdelikatniej jak tylko mogłam w stronę Marcela i wplotłam dłoń w jego włosy. Był taki uroczy i niewinny jak spał, a kolczyki robiły wrażenie niegrzecznego chłopca. Cudowna mieszanka. Zaciągnęłam się jego słodkim zapachem, a on jęknął i leniwie na mnie spojrzał.
- Cześć. – Wymruczał zaspanym głosem.
- Hej. – Przywitałam go promiennym uśmiechem. – Jak się spało?
- Dobrze, że wybrałem łóżko. – Zaśmiał się cicho. – Boli cię jeszcze? – Radość w jego oczach została zastąpiona niepokojem.
- Co?
- No… Wszystko.
- Na razie nie. – Uśmiechnęłam się i pogładziłam go po policzku.
Przybliżyłam się do niego i musnęłam jego usta, a on bez większych ceregieli pogłębił pocałunek.
- Tęskniłem za tym. – Na jego usta wpełzł szelmowski uśmiech.
Beztroską chwile przerwał lekarz, który właśnie wszedł do sali. Przywitał nas szerokim uśmiechem.
- Dzień dobry pani Collins. Przyszedłem panią przebadać.
 
***
 
- Pamiętaj Lily. Te tabletki możesz brać tylko gdy ból będzie naprawdę silny. Działają natychmiast. Nie narażaj się również na wstrząsy i nacisk na klatkę piersiową.
- Mamo, powtarzasz mi to już setny raz. - Przewróciłam oczami.
- Po prostu upewniam się czy wszystko pamiętasz. To bardzo silny lek. Uważaj na siebie. - Posłała mi troskliwy uśmiech i spojrzała na Marcela. - Marcel chciałabym zobaczyć twoje plecy.
Chłopak spojrzał zdziwiony najpierw na mamę, a później na mnie.
- Obiecałam, że ci pomogę. - Uśmiechnęłam się do niego nieśmiało.
- Okey. - Westchnął. - Tutaj? - Zapytał niezbyt zadowolony.
- Przejdziemy do mojego gabinetu. - Mama uśmiechnęła się i wyszła z sali, a my podążyliśmy za nią.
- Lily poczekaj tutaj.
- Wolałbym, żeby Lily mi towarzyszyła. - Wyszeptał nieśmiało chłopak.
- Okey. Skoro tak wolisz. Zapraszam. - Otworzyła swój gabinet i wpuściła nas.
Usiedliśmy przy biurku, a mama poszła na zaplecze. Dopiero teraz przypomniało mi się, jak Marcel panicznie boi się dotyku. Jeśli na mój dotyk reaguje tak gwałtownie to jak zareaguje na dotyk mamy? I jeszcze w tak poranionym miejscu? Może to jednak był zły pomysł?
- Lily, pozwól na chwilkę. - Stłumiony przez ścianę głos mamy wyrwał mnie z zamyślenia.
Marcel puścił moją dłoń, a ja weszłam do pomieszczenia obok.
- Uprzedzałaś go o tym badaniu?
- Nie. - Odparłam cicho.
- Dlaczego? - Jej formalny głos przeprawił mnie o dreszcz.
- Nie miałam kiedy. - Spuściłam głowę.
- No dobrze. - Westchnęła i skierowała się do wyjścia.
- Mamo? - Odwróciła się w moją stronę. - On boi się dotyku. Chcę mu pomóc. Nie zaszkodzić.
- Jakoś sobie poradzimy. Chodź. - Zachęciła mnie i wróciłyśmy do Marcela. Ten przeniósł wzrok z dłoni na nas. W jego oczach obecny był strach.
- Marcel jeśli nie chcesz, nie musimy tego robić. - W głosie mamy obecna była troska.
- Um... Chcę. To trochę mi przeszkadza i często krwawi. Chciałbym się tego jakoś pozbyć.
- Rozumiem. Chodź tutaj. - Zaprosiła go na taboret, który stał obok jej fotela.
Marcel spojrzał na mnie, a jego w jego oczach majaczył strach.
- Nie bój się. - Wyszeptałam.
Złapał moją dłoń i wstał pociągając mnie za sobą. Usiadł na krzesełku, a ja stanęłam za nim i oboje spojrzeliśmy na mamę.
- Zdejmij koszulkę i usiądź tyłem do mnie, dobrze? - Odparła, zakładając rękawiczki.
Kiwnął głową, a po chwili namysłu zdjął bluzkę i odwrócił się w moją stronę. Mama spojrzała na mnie zdziwiona na widok jego wytatuowanego ciała, a ja bezradnie wzruszyłam ramionami. Marcel złapał moje dłonie, splatając nasze palce i oparł głowę o mój brzuch.
- Na pierwszy rzut oka nie wygląda to najlepiej. - Mama przysunęła się bliżej i ostrożnie położyła dłoń na jego plecach.
Chłopak puścił moje ręce i położył dłonie na moich udach, lekko je ściskając. Wplotłam palce w jego włosy i gładziłam uspokajająco po głowie. Z każdym dotknięciem ran, zaciskał dłonie na moich nogach, coraz bardziej mnie do siebie przyciągając.
- Ewidentnie wdało się tutaj zakażenie. Jak długo masz te rany?
- Od 5 lat.
Mama otworzyła usta ze zdziwienia.
- I nic z tym nie robiłeś?
- Byłem u wielu lekarzy, ale żaden nie był w stanie mi pomóc. Twierdzili, że nie da się tego wyleczyć, gdzie w niektórych przypadkach nie chcieli nawet na to spojrzeć.
- Ah ta dzisiejsza medycyna. - Westchnęła. - Możesz się ubrać.
Marcel założył koszulkę i wróciliśmy na miejsca po drugiej stronie biurka.
- Przez tak długi okres czasu zakażenie mogło dotrzeć bardzo głęboko. Daję ci tutaj antybiotyk, który pomoże zwalczyć infekcję. Codziennie po dwie tabletki, zawsze po posiłku. I jeszcze maść, która ma działanie przeciwko zakażeniom ale również jest przeciwbólowa. Przez pierwsze dwa tygodnie trzy razy dziennie, z później tylko na noc. Po miesiącu przyjdziesz na kontrolę i zobaczymy jak się sprawy mają. - Uśmiechnęła się do nas i wręczyła Marcelowi dwa pudełka. - Na razie to wszystko.
- Dziękuje pani Collins.
- Podziękuj Lily. To ona mnie poprosiła. - Uśmiechnęła się życzliwie, a ja zarumieniłam się.
Marcel pocałował mnie w policzek i razem opuściliśmy gabinet.
- Dziękuje. - Wyszeptał i obrócił mnie w swoją stronę, złączając nasze usta w pocałunku.
 
***
 
- Połóż zakupy na wyspie. - Rzuciłam do Marcela.
Położyłam klucze na blacie, a po chwili obok nich znalazły się torby.
- Możemy porozmawiać? - Usłyszałam ściszony głos chłopaka.
- Cały czas rozmawiamy.
- Wiesz, że nie o to mi chodzi.
- Jeśli będziesz chciał oprowadzę cię po pomieszczeniach.
Rodzice dali nam klucze do naszego domu, bo jak sami stwierdzili, powinniśmy dać odpocząć jego babci.
- Nie zmieniaj tematu. - Warknął.
Nie chcę rozmawiać z nim na temat tej szkolnej sytuacji. Już raz się z nim dzisiaj o to pokłóciłam. Ale chyba ta rozmowa mnie nie ominie.
- Dobrze. Słucham. - Odwróciłam się w jego stronę i oparłam się o szafki.
Siedział na kuchennym stołku i patrzył to na swoje dłonie, to na mnie.
- Nie chce żebyś była na mnie zła. Powtarzałem ci już kilka razy, że takie zainteresowanie to dla mnie nowość. Nigdy nie miałem znajomych. Nie wiem jak się ich zdobywa. Ja... Chciałem po prostu się zaprzyjaźnić.
- Z tymi dziwkami?!
- Nie nazywaj ich tak. - Rzucił. - Nadal nie rozumiem dlaczego tak gwałtownie zareagowałaś.
- Bronisz je?! Marcel one wlezą do łóżka każdemu, a ty je bronisz?! I jeszcze pytasz się mnie dlaczego tak zareagowałam?! To naprawdę boli gdy osoba którą kochasz i uważasz, że ona kocha również ciebie, potwierdza słowa tych szmat, że jestem upartą idiotką. Znam je Marcel. One mnie nienawidzą i na wszelkie sposoby próbują zrujnować mi życie. Raz już próbowały odebrać mi Nialla, a teraz doczepiły się do ciebie. I jeśli nie ogarniesz się i nie olejesz ich, stracę cię. Nie wyobrażam sobie... Nie chce żeby się do ciebie dobrały. Ale ty najwyraźniej tego chcesz bo się na to godzisz. Co jest ze mną nie tak, że wolisz je? W czym one są ode mnie lepsze? - Mój głos łamał się, a po policzkach płynęły łzy.
- Lily ja...
- Co? Co tym razem wymyślisz na swoją obronę?
- Skąd miałem wiedzieć, że one takie są?
- Powtarzałam ci, że w tej szkole sporo osób jest pieprzniętych. Skąd miałam wiedzieć, że trafimy akurat na nie?
- Sama chciałaś żebym poszedł z takim wyglądem do szkoły.
- Pewnie! Zgoń teraz wszystko na mnie! - Wrzasnęłam.
Obróciłam się do niego tyłem i oparłam o brzegu zlewu, pozwalając łzom swobodnie spływać. Po chwili poczułam jego dłonie na swoich biodrach.
- Nawet nie próbuj. - Strąciłam jego ręce. Wytarłam łzy wierzchem dłoni i spojrzałam na niego. - Nie myśl sobie, że załatwisz to seksem. Że przelecisz mnie i o wszystkim zapomnę.
Wpatrywaliśmy się w siebie beznamiętnie, a cisza która nas otaczała robiła się bolesna.
- Lily, kocham tylko ciebie. Nie chcę nikogo innego. One mnie teraz nie interesują. Jeśli chcą się zabawić, niech znajdą inną ofiarę. Nie chcę iść z nimi do łóżka. Nie chcę iść z nikim innym prócz ciebie. Ty jesteś dla mnie idealna. Jesteś dla mnie wszystkim czego potrzebuję. Przyznaję, że zachowałem się jak debil, ale powinnaś to zrozumieć. To wszystko jest dla mnie nowe. Ile razy mam ci to powtarzać?
Stałam w bezruchu ze wzrokiem zawieszonym w podłodze. Co ja mam o tym wszystkim myśleć? Najpierw staje w obronie tych idiotek, a teraz mówi że nie chce mieć z nimi nic wspólnego.
- Skąd mam pewność, że nie spotykasz się z kimś za moimi plecami? - Wyłkałam.
- Jak możesz w ogóle tak myśleć, Lily. Kocham tylko ciebie. Pragnę tylko ciebie. Chce poznawać świat. Bawić się życiem. I chcę abyś to ty towarzyszyła mi w tym wszystkim. Tylko ty. Nikt inny. Co mam zrobić żebyś w końcu uwierzyła?
Bezradnie opadłam na ziemię opierając się o szafkę. Skuliłam się i schowałam twarz w kolana, a szloch ogarnął moje ciało.
- Nie płacz, proszę. - Odparł, klęcząc przede mną.
- Ja... Nie wiem co mam o tym myśleć.
Westchnął zrezygnowany.
- Dotknij mnie. - Zdziwiona podniosłam na niego wzrok.
Siedział przede mną bez koszulki i wpatrywał się błagalnym wzrokiem. Nie rozumiałam dlaczego karze mi to robić w tym momencie, ale uniosłam ręce i położyłam je na brzuchu poniżej pępka.
- Nie tutaj. Dotknij mnie wyżej. Na tatuażach.
- Ale boisz się...
- Gdy leżałaś nieprzytomna w szpitalu, zrozumiałem jak ważna dla mnie jesteś. Myśl że mógłbym cię stracić była potworna. To był moment w którym przełamałem się i zrozumiałem, że kiedy mnie dotykasz, nie chcesz zrobić mi krzywdy. Już się tego nie boję. Jesteś jedyną osobą, która zna moją przeszłość i może mnie dotykać. Przepraszam cię za te wszystkie chwile kiedy przeze mnie płakałaś. Musisz zrozumieć, że to dla mnie nowość. Chcę dla nas jak najlepiej. Chcę, żeby nam się układało, dlatego musisz mi pomóc, bo sam nie jestem sobie w stanie poradzić. Dla ciebie związek to rzecz codzienna, ale ja jestem zakochany pierwszy raz . Poznaję dopiero te wszystkie uczucia. - Chwycił moje dłonie i położył sobie na piersi. Gdy je puścił, same błądziły po jego wytatuowanej skórze, poznając każdy jej skrawek. Była miękka i ciepła, a w niektórych miejscach wyczuwalne były szramy po starych bliznach. - Skoro nie chcesz, żebym się w tej chwili z tobą kochał, to jest to jedyny sposób żebyś zrozumiała jak bardzo cię kocham i jakim darzę cię zaufaniem.
Spojrzałam w jego oczy. Były spokojne i pełne ulgi. Gdzieniegdzie majaczył strach związany pewnie z niepewnością dotyczącą mojej reakcji. Ale jak inaczej mogę zareagować w tej sytuacji, jeśli mu nie wybaczyć? Wcale nie chcę reagować inaczej. Kocham tego człowieka całą sobą. On darował mi wszystkie moje błędy i bez względu na wszystko darzy mnie cały czas takim samym, jeśli nie większym uczuciem. Pomimo tego, że miłość to dla niego nowe doświadczenie, to kocha jak nikt inny. Jest pogmatwany, ale jego miłość jest niewyobrażalnie wielka. I to właśnie czyni go wyjątkowym. Bez chwili zastanowienia, objęłam go mocno i schowałam twarz w jego loki, nie kryjąc łez. Szloch targał moim ciałem, a Marcel gładził mnie uspokajająco po plecach.
- Tak cholernie mocno cię kocham. - Wyłkałam.
Wyraźnie odetchnął i jeszcze mocniej mnie do siebie przytulił. Twierdzi, że nie wie jak to jest kochać, ale nawet nie zdaje sobie sprawy jak bardzo jest w tym dobry.
Po kilku minutach, gdy trochę się uspokoiłam, Marcel wstał i podał mi rękę.
- Chodź.
Pomógł mi wstać i nie puszczając ręki poprowadził w głąb domu.
- Gdzie jest łazienka? - Zapytał gdy doszliśmy do końca korytarza.
- Po prawo. - Mój głos był cichy, a gula w gardle jeszcze nie zniknęła.
Marcel wprowadził mnie do środka, zamykając drzwi. Stanął przede mną i położył dłonie na moich mokrych policzkach.
- Nie płacz już. - Wyszeptał wycierając kciukami świeże łzy.
Podszedł do szafki i wyciągnął dwa ręczniki, które położył na umywalce. Odkręcił wodę w prysznicu. Musiała być bardzo gorąca, bo po chwili w łazience było pełno pary.  Podszedł do mnie i zdjął moją kurtkę.
- Podnieś ręce. - Jego głos był spokojny jak nigdy.
Tak też zrobiłam, a on złapał brzeg mojej koszulki i przeciągnął ją przez głowę. Rozpiął moje spodnie i ściągnął je z bioder razem z bielizną.
- Usiądź.
Wykonywałam każde jego polecenie. Rozwiązał moje Conversy i zdjął je razem ze skarpetkami, kładąc na płytki, a po chwili obok nich znalazły się również spodnie. Podał mi rękę, a ja bez wahania chwyciłam ją i stanęłam przed nim. Sięgnął do zapięcia mojego stanika i po chwili stałam przed nim zupełnie naga. Również się rozebrał, zdejmując najpierw bluzkę, potem Martensy, a na końcu spodnie z bokserkami. Podeszłam pod kabinę, ale on wyprzedził mnie zmniejszając temperaturę wody. Poczułam jego dłoń na plecach, a gestem ręki pokazał abym weszła. Jeden krok wystarczył, aby znalazła się pod przyjemnie ciepłym strumieniem wody. Chwilę później poczułam ciało Marcela na swoich plecach i nie wiadomo czemu łzy ponownie nabrały na sile. Obrócił mnie w swoją stronę.
- Czemu płaczesz?
- Bo... Jesteś dla mnie taki wspaniały, troskliwy... A ja czuję, że nie potrafię tego docenić. Że nie potrafię docenić ciebie i twojej miłości.
- Doceniasz to lepiej, niż mógłbym sobie wyobrażać. Wystarczy mi, że jesteś przy mnie. Czuję się najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, że to właśnie z tobą mogę dzielić życie. Dzięki tobie zwykły dzień staje się niezwykły. Tak jest bo... Po prostu cię kocham.
Wtuliłam cię w niego i staliśmy tak w ciszy, obmywani przez strumień wody. Pozwalając uciec wszystkim problemom i cieszyć się, że mamy siebie.




 


Mamy rozdział 24! :D Przepraszam was, że musieliście na niego czekać, ale kończą mi się ferie, więc musiałam trochę ogarnąć lekcje.


I ze smutkiem muszę stwierdzić, że czas szkoły to mniej czasu na pisanie, ale będę robiła co w mojej mocy, żeby rozdziały pojawiały się jak najszybciej. ;* Z góry dziękuję za zrozumienie oraz cudowne komentarze, które są dla mnie ogromną motywacją. ♥


 Rozdział 25 pojawi się za 32 komentarze. ;*


 ♥ Kocham Was ♥
Ola xx

piątek, 13 lutego 2015

ROZDZIAŁ 23

Wszystko mnie boli. Głowa. Żebra. Prawa ręka. Nie czuje nic prócz bólu. I słyszę jedynie ściszone głosy, które po chwili stają się wyraźniejsze.
- Najbardziej ucierpiała strona, w którą uderzył samochód. Ma potłuczone żebra, ze złamaniami po prawej stronie oraz wstrząśnienie mózgu. Prawa ręka była wybita z barku, ale już ją nastawiliśmy.
- Dlaczego jest nieprzytomna? - Dziwnym sposobem głos Marcela wpłynął na mnie uspokajająco i trochę uśmierzył ból. A może to tylko złudzenie?
- Doznała jednego z poważniejszych urazów głowy. Mózg na szczęście poważnie nie ucierpiał i na razie nie ma żadnych powikłań. Obudzi się kiedy przyjdzie na to odpowiednia pora. Proszę dać jej trochę czasu.
Usłyszałam ciche szlochanie chłopaka i znowu straciłam przytomność, uwalniając się od bólu.
 
Wszystko miałam ciężkie. Głowa, ręce, nogi. Oczy i usta nie chciały się otworzyć. Po chwili szepty stały się głosami.
- Nie zostawię jej! - Głos Marcela był zrozpaczony i przepełniony udręką.
- Marcel, kochanie. Powinieneś odpocząć. - Głos jego babci jak zwykle był spokojny. Ale co ona tu robi? Nie powinna być w sanatorium?
- Nie. - Stanowcze nie, które tak dobrze znam.
- Zawsze musisz być taki uparty?
- Nie zamierzam stąd wychodzić dopóki się nie obudzi. To moja wina. To ja powinienem leżeć na jej miejscu. Ona na to nie zasłużyła.
I znowu zapadła ciemność.
 
Znowu wyłaniam się z ciemnej otchłani. Całkowicie nie mam poczucia czasu.
- To moja wina. - Znów ten udręczony głos Marcela.
- Co ona zrobiła?
- Wbiegła na ulicę. Potrącił ją samochód. Nie słyszała kiedy krzyczałem żeby się zatrzymała. Ja... To wszystko działo się tak szybko, Zayn.
Zayn tu jest. Tak dawno go nie widziałam. Mam ochotę go przytulić, ale wszystko mam zbyt ciężkie.
- Kurwa! - Myślę, że w tym momencie Zayn przeczesał dłonią swoje włosy.
- Wyjdzie z tego? - Cichym głosem dał znać o sobie Louis.
- Raczej tak, ale...
Nie! Nie! Walczę z tą ciemną, cholerną otchłanią, ale na nic moje próby. Znów ogarnia mnie ciemność i cisza.
 
- Pani Collins. Ja... Ja nie chciałem. Biegłem za nią. Krzyczałem do niej, ale ona nie zwracała na mnie żadnej uwagi. Nie słyszała mnie.
- Spokojnie Marcel. Wiemy, że tego nie chciałeś. Nikt tego nie chciał. - Cisza. Jedyne co słyszę to stłumiony stukot obcasów. - Córciu wróć do nas. Nie zostawiaj nas tutaj samych.
Mamusia! Jest tutaj. Och ile bym teraz dała żeby ją ucałować. Chociaż na nią popatrzeć.
- Lily skarbie. Tęsknimy za tobą.
I tatuś. Tata też tu jest. Przyjechali już z Londynu? A może to ja jestem w Londynie? Ile już trwa ten sen?
 
Uporczywe pikanie i okropny ból głowy gwałtownie wytrwały mnie ze snu.
- Muszę przy niej być. Błagam was! Nie wyjdę stąd w takiej chwili!
- Nie może pan tutaj przebywać. Pacjentka ma atak. Jeśli jeszcze dłużej będzie się pan awanturował, stracimy ją.
- To na co czekacie? Ratujcie ją do cholery! Ona nie może umrzeć!
Ból stał się jeszcze silniejszy i całkowicie mnie obezwładnił, zaciągając w spokojną otchłań z dala od cierpienia.
 
- Och, maleńka proszę. Wróć do mnie. Przepraszam cię za to w szkole. Przepraszam cię za wszystko. Tylko błagam wróć do mnie. Tęsknie za tobą. Kocham cię.
Marcel cały czas tu był. Nadal jestem na niego zła, ale chcę go zobaczyć. Robię wszystko, żeby ujrzeć piękno jego zielonych oczu, ale wszystko na nic. Czuje jego miękką skórę i zimny kolczyk na swojej dłoni. To ostanie co czuję. Znowu pojawia się ciemna otchłań.
 
Jestem głodna. Bardzo głodna. I zmęczona. Otworzyłam leniwie oczy. Znajdowałam się w białej i niezwykle sterylnej sali szpitalnej. Dookoła łóżka mnóstwo maszyn, z których uchodziły rurki poprzypinane do mojego ciała. Jest dzień więc pomieszczenie rozświetlane było przez stłumione przez zasłony promienie słońca. Panowała cisza. Czułam pulsujący ból głowy, ale nie był już tak silny jak poprzednio. Klatka piersiowa również dawała o sobie znać. Obróciłam głowę w drugą stronę, zadowolona że moje ciało w końcu mnie słucha i spełnia moje polecenia. Marcel spał. Głowę opartą miał o brzeg łóżka, a w rękach ściśle trzymał mają dłoń. Wyciągnęłam drugą, wolną i przeczesałam brązowe i nadal lśniące loki chłopaka. Obudził się nagle i uniósł głowę, zrzucając moją rękę na prześcieradło.
- Hej. - Szepnęłam ochryple.
- Lily? Och Lily. - Jego głos przepełniony był ulgą i szczęściem, ale po chwili posmutniał, a w jego oczach zamajaczyły łzy, jakby o czymś sobie przypominając. - Lily. Tak bardzo cię przepraszam. - Och musi to robić teraz? Nie takiej pobudki się spodziewałam - To przeze mnie tu leżysz i... - Położyłam dłoń na jego ustach, skutecznie go tym uciszając.
Patrzył na mnie zdziwiony.
- Później, Marcel. Później.
Kiwnął głową i zdjął moją dłoń, całując jej wierzch.
- Okey. Przepraszam.
- Bardzo chce mi się jeść.
Ściągnął brwi i patrzył na mnie z zaskoczeniem.
- Okey, ale...
- Marcel. Jeść. Chcę wstać.
- Nie wiem czy możesz. Pójdę po lekarza.
- Marcel. - Jęknęłam, bezradnie kładąc głowę na poduszce. Czasami bywa taki nieporadny.
- Leż. - Warknął i opuścił salę.

Nadal nie nadążam nad tymi jego zmianami nastrojów.

Dopiero teraz zauważyłam, że w rogu sali stoi małe radyjko z którego cichutko pobrzmiewa muzyka. Leciał nowy, bo mało mi znany utwór, w którym dziewczyna o melodyjnym głosie śpiewała o szczęśliwej miłości bez kłótni. Po chwili dodała, że niestety nie istnieje. Zaśmiałam się cicho. Do sali wszedł Marcel, a za nim lekarz i trzy pielęgniarki. Jeny, ja chciałam tylko coś do zjedzenia.
- Pani Collins. Witamy z powrotem. - Zwrócił się do mnie lekarz. Powiedział to jakbym umarła i właśnie zmartwychwstała. Och, trzymajcie mnie, bo zaraz faktycznie tak się stanie. - Zrobimy pani badania kontrolne i sprawdzimy wszystkie parametry życiowe. - Uśmiechnął się do mnie życzliwie.
- Panie doktorze. Z tego jak się czuję wnioskuję, że idzie mi na życie. Ale jeśli czegoś nie zjem to myślę, że moje parametry życiowe znacznie się pogorszą.
Lekarz zaśmiał się.
- Dobrze, skoro tak pani twierdzi to najpierw posiłek, a później badania. Ma pani ochotę na coś szczególnego?
- Cokolwiek, byleby było dobre. - Uśmiechnęłam się nieznacznie bo na nic więcej nie miałam siły.
Lekarz wysłał gdzieś jedną z pielęgniarek i po chwili razem z dwoma pozostałymi opuścił salę, zostawiając mnie sam na sam z Marcelem. Zamknęłam oczy i rozkoszowałam się cudowna ciszą, która panowała w pomieszczeniu.
- Jak się czujesz? - Usłyszałam głos Marcela.
Otworzyłam oczy i spojrzałam na niego.
- Dobrze. Trochę boli mnie głowa, ale jest okey.
Uśmiechnął się i wziął moją dłoń w swoje, splatając nasze palce. Co trochę przygryzał kolczyk. Denerwował się? Ale czym?
- Jesteś na mnie zła? - Jego głos był cichszy od szeptu.
Och. Więc o to chodzi.
- Tak.
Spuścił głowę, poważnie się nad czymś zastanawiając.
- Nie chcesz o tym teraz rozmawiać? - Podniósł na mnie wzrok.
- Nie. - Odparłam zgodnie z prawdą i zamknęłam oczy.
Westchnął cicho i puścił moją dłoń. Nie rozumiejąc dlaczego to zrobił, spojrzałam na niego. Brał właśnie tacę z jedzeniem od pielęgniarki. Nawet nie słyszałam jak tu weszła. Pomogła mi się podnieść i ułożyła poduszki za plecami.
- Na razie może pani jeść tylko płynne produkty. - Uśmiechnęła się życzliwie i opuściła pomieszczenie.
Marcel przysunął stolik do łóżka i postawił na nim tacę. W misce była gorąca zupa, nad którą uniosły się pasma pary. Podał mi naczynie i usiadł na brzegu łóżka. Przesunęłam się robiąc mu więcej miejsca i nie czekając chwili dłużej, wzięłam pierwszy łyk cieczy. Smakowała równie pysznie jak pachniała. Była łagodna w smaku. Idealnie doprawiona. Dziwne, żeby w szpitalu mieli tak dobre jedzenie.
- Smakuje? - Zapytał chłopak.
- Przepyszna. Chcesz spróbować?
Kiwnął głową.
Nabrałam zupy i wsunęłam mu łyżkę do ust.
- Dobra. - Odparł, uśmiechając się.
Po kilku minutach miska była pusta, podobnie jak kubek w którym znajdowała się owocowa herbata. O tak. Teraz czuję się cudownie. Rozgrzana i najedzona. Drzwi otworzyły się przerywając tą błogą chwilę. Marcel zerwał się z łóżka i stanął obok. Do sali wszedł lekarz. Nawet nie dadzą człowiekowi odpocząć po posiłku.
- Myślę, że możemy teraz przeprowadzić badania. - To było bardziej stwierdzenie niż pytanie.
Skinęłam głową i doktor zabrał się za kontrolę. Po kolei sprawdzał wszystkie odruchy, czucie w kończynach, reakcję źrenic na światło, ciśnienie krwi. Jest bardzo delikatny, więc badanie sprawiało wrażenie przyjemnego. Dotknął również moich żeber, a ja lekko się skrzywiłam.
- Są potłuczone, a dwa żebra ma pani złamane. Na szczęście wszystko goi się szybko i bez powikłań. Przepiszę pani środki przeciwbólowe, które uśmierzą każdy ból, zarówno klatki piersiowej jak i głowy. Teraz powinna się pani przespać, bo wygląda pani na zmęczoną. Zobaczymy jak będzie się pani czuła jutro i wtedy podejmiemy decyzje o wypisaniu ze szpitala.
- Dziękuję. - Odparłam i lekarz wraz z pielęgniarką opuścili salę.
- Długo byłam nieprzytomna? - Zwróciłam się do Marcela, który zajął miejsce na krześle.
- Pięć dni.
- I cały czas tutaj byłeś?
Kiwnął głową, a ja patrzyłam na niego z niedowierzaniem.
- Powinieneś odpocząć. Jedź do domu. Wyglądasz fatalnie.
- Nie zostawię cię. Prześpię się tutaj.
- Na tym twardym, drewnianym krześle?
- Nic innego tutaj nie ma. - Wzruszył ramionami.
- To śpij ze mną.
- Nie.
- Bo?
- Nie chcę robić ci krzywdy.
- Dlaczego masz mi robić krzywdę?
- Te wszystkie kabelki. Nie chcę ich uszkodzić.
- Marcel, proszę.
- Nadal jesteś na mnie zła.
- Tak, jestem. A zaraz będę jeszcze bardziej. - Przekręciłam się na bok, robiąc mu miejsce i uniosłam kołdrę. - Proszę.
Westchnął zrezygnowany, ale widziałam po nim, że ten pomysł mu się podobał. Wiedząc, że i tak ze mną nie wygra, zdjął buty i położył się obok. Oparłam głowę na jego piersi, a jego oddech działał na mnie uspokajająco. Objęłam go ręką i zwinęłam się w kłębek, plącząc nasze nogi.
- Kocham cię. - Odparł, całując czubek mojej głowy.
- Ja ciebie też. - Wyszeptałam, a on wyraźnie się rozluźnił. - Dobranoc.
- Dobranoc. - Powtórzył i od razu odpłynęłam w głęboki sen.



 
Mamy rozdział 23! :D Lily żyje ale nadal jest zła na Marcela. Jak da upust swoim emocjom i czy dojdzie do kłótni? Wszystko w rozdziale 24, który pojawi się za 32 komentarze. ;*

♥ Kocham Was ♥
Ola xx